Kawaleryjka

Nasze konie

Tytułem wstępu...

Chyba zawsze chciałem mieć konie - każde dziecko jest zafascynowane tymi pięknymi istotami. Jednym z czasem to zauroczenie mija, innym pozostaje na zawsze, a często tężnieje i staje się stylem życia, ba - całym życiem.

Decyzja o posiadaniu własnych koni dojrzewała we mnie latami, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Dzisiaj już nie pamiętam tych piętrzących się trudności jakie wtedy decydowały o tym, że odkładałem zakup z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Pamiętam natomiast te tłumaczenia mojej żony Uli, że dzieci małe koń wielki niebezpieczny biega po podwórku i jeszcze jakąś krzywdę wyrządzi, a bo to i kopnąć może, i ugryźć; wystarczającym kłopotem były już barany zżerające wszystko na podwórku, w sadzie i ogródku oraz psy czyniące spustoszenie w domu.

... ale, ale - przyszedł ten dzień i spełniły się moje marzenia, a było to pierwszego maja dwutysięcznego roku... i zaraz prysły te moje ułańskie fantazje, bo jak się okazało przyprowadziłem do domu prawdziwą bestię z córeczką.

Nazywała się Basia, córeczka Tara: była to czteroletnia gniada kobyła śląska, wielka gruba i strasznie uparta, ale tego co najgorsze dowiedziałem się dopiero za kilka dni: ten koń wiedział o swojej sile i umiał ją wykorzystać przeciw człowiekowi, czyli przeciw mnie. Całymi nocami myślałem, czytałem mądre książki i zastanawiałem się jak dotrzeć do tego siedmiuset kilowego cielska? A raczej co zrobić, by ona mnie zrozumiała i chciała ze mną współpracować. Porozumienie wskazało samo życie - pewnego dnia w Basię wstąpił prawdziwy diabeł, a mnie całkowicie puściły nerwy... co było potem nie będę opisywał, bo to i nie przystoi, i niegrzecznie używać tych słów, które wtedy padły. Dość tego, że ja już z nią więcej większych kłopotów nie miałem. Co do innych ludzi, nigdy się nie zmieniła - po sześciu latach zdzierania gardła, walki i ciągłych podwórkowych awantur, ogromną przewagą głosów rodziny (troje na jednego) Basię sprzedałem; to znaczy Ula sprzedała, ja musiałem pilnie pojechać do lasu.

Jeśli ktoś myśli, że na tym skończył się nasz końsko-wychowawczy problem, to jest w błędzie. Kolejnym koniem był Jantar - przepiękny gniady ogier rasy śląskiej: cztery białe skarpetki, cudowna gwiazdka na czole i... daleko już posunięta choroba psychiczna... czy ktoś wie, dlaczego konie są inteligentne? Ano dlatego, że nawet wśród koni zdarzają się kretyni. Jantar był takim właśnie koniem niespełna rozumu. W między czasie trafiły pod dach naszej stajni dwa prześliczne wałachy konika polskiego - bracia Hugo i Hormon; te z kolei były w ogóle nie wychowane, dzikie stworzenia, które to u poprzedniego właściciela służyły za kosiarkę i gdyby nie ich miłość do ucieczki, do której miały wrodzony talent i to, że nieopodal miejsca ich zamieszkania był duży węzeł kolejowy, nigdy bym nie stał się ich właścicielem. Kiedyś dokonały spektaktualnego zatrzymania pociągów wtargnięciem na tory i zablokowaniem całej stacji, czym mało nie przyprawiły o zawał serca swojego właściciela. Ten niewiele myśląc zadzwonił po mnie i w ten oto sposób w mojej stajni przybyły kolejne dwa łobuzy.

LombuśW dziwny sposób trafiło do nas kolejne indywiduum imieniem Lombard. Jego właściciel chciał się go po prostu pozbyć - poprosił moja żonę, byśmy sobie go zabrali w ogóle nie mówiąc o kosztach. Pojechałem po niego do Wyr wraz z synami. Pasło się tam na padoku kilkanaście pięknych koni, a w śród nich jeden, jedyny w żółtym kantarze inny od pozostałych stał z boku osobno - cały czas czujny z napiętymi mięśniami jakby szykował się do skoku. Najwyraźniej nie lubiły go inne konie, a i on je traktował inaczej, znał swoją wyższość i niebawem myśmy ją poznali. Jego poprzedni właściciel jeszcze po wielu latach pytał moją żonę czy Lombard nikogo nie skrzywdził i jak my sobie z nim dajemy rade? Robił wielkie oczy, gdy Ula wzruszała tylko ramionami i zapewniała go o naszej specyficznej, ale zawsze współpracy. O tym koniu można i trzeba napisać książkę - ja tylko powiem, że drugiego tak inteligentnego zmyślnego i rozumnego stworzenia nigdy nie mieliśmy. Lombarda kochali wszyscy. Tych koni już nie ma, pewno biegają gdzieś po łąkach końskiego raju tarzając się w burzanach niebiańskich obłoków… we mnie, w nas pozostawiły niezatarte wspomnienia cudownych chwil bycia razem... wspaniałe zwierzęta.

Dzisiaj w naszej stajni mieszkają trzy konie: Denir, Doping i Whisky.

 

Denir

Denir to mój koń. Kupiłem go od dyrektora szkoły muzycznej. Może inaczej powiem; kupiłem ochraniacze, żel, ogłowie, skrzynki, wędzidła, szczotki, zgrzebła… dosłownie wszystko oprócz siodła, a do tego wszystkiego dostałem konia w prezencie.

 

Doping

Doping, piękny były ogier kryjący z bonitacją 82 punktów rasy wielkopolskiej, mieszka z nami od dwóch lat. Dobry spokojny - może nawet za bardzo, o łagodnym zrównoważonym charakterze, koń dla każdego.

 

Emocja

Gniada klacz o wielkim temperamencie i jeszcze większym potencjale. Podobnie jak jej właścicielka Ewcia. Dziewczyna siedzi w siodle jak złoto, lubię na nią patrzeć jak radzi sobie ze swoim koniem, jaką ma do niej cierpliwość.
 

Faraon

Faraon vel Domin... ale ja lubię tego konia; kary srokacz przez właścicielkę - Asię - nazywany Krową. Wiele razy był pensjonariuszem mojej stajni i nigdy nie narozrabiał, nigdy nie miałem z nim problemów; mądry, zrównoważony, wyważony koń w obsłudze; potrafi pokazać rogi (krowie?) pod siodłem.
 

Hugo i Hormon

Dwa koniki polskie i na tym powinienem zakończyć opis tych niesamowitych stworzeń, bo cokolwiek napiszę i ile napiszę, to zawsze będzie za mało. Super inteligentne, jeszcze bardziej uparte; potrafią zjeść wszystko: od trującej jemioły po - podobno śmiertelnie trującego - cisa.
 

Janeczek

Mówiąc o Janeczku momentalnie przed oczami widzę uśmiechniętą buzię Kasi. Tak, ten kasztanowaty arab i jego właścicielka dobrali się w korcu maku. W każdym calu ich malutkich ciałek pasują do siebie. Miałem kilkakrotnie okazję zajmować się tym ze wszech stron najbardziej rasowym ze wszystkich szlachetnych koni.
 

Karmen

Gniada szlachetna kobyłka o świetnym eksterierze, pięknych chodach i bardzo walecznym sercu. Jej charakter też mi bardzo odpowiada - nie jest to konik spokojny, ma temperament i chęci do pracy; w obsłudze codziennej bardzo bezpieczna, zrównoważona, ciekawa wszystkiego.
 

Lord

Kasztanowaty wałach z ogromnym doświadczeniem rekreacyjnym zdobytym jeżdżąc w kółko hali zabrzańskiego MOSiRu. Ileż tyłków klepało się w siodle tego konia, ile pisków dzieciaków słyszały jego uszy... Po latach pracy - nie zawsze dla niego miłej - trafił w ręce Ninci i osiadł w zaprzyjaźnionej z naszą stajni... przez jednych z przekąsem, a przez właścicielki z dumą, nazywanej ,"SPORTOWĄ"
 

Noran

Kasztanowaty skoczek. Koń kulturalny w całej swej szlachetności, grzeczny, spokojny, można powiedzieć dystyngowany. Zawsze gotowy do najtrudniejszej pracy. Chodzi pod moim przyjacielem Jarosławem - są obecni na wszystkich imprezach i spotkaniach organizowanych przeze mnie.
 

Olimp

Koń moich przyjaciół, największy w okolicy - prawie 185 cm w kłębie, co czyni z niego prawdziwy wieżowiec. Niezbyt proporcjonalnie zbudowany potrafi sam siebie wyprzedzić zadem. Ma bardzo łagodny charakter; tylko raz - na rajdzie - widziałem jak mu nerwy puściły i wylał frustracje na Jadzię (swoją właścicielkę), a ona chodziła z sinym udem przez miesiąc.
 

Onyks

Baxika poznałem jako uroczą uśmiechniętą nastolatkę, pewnie siedzącą w siodle na swym dużym gniadym koniu zwanym Rudym. Z tą dziewczyną i jej koniem spędziłem chyba najwięcej czasu . Uwielbiam jeździć z Basią i Onyksem. Nasze konie też od razu przypadły sobie do gustu.
 

Whisky

Whisky - syn Basi - jest podobny do niej jak dwie krople wody, na szczęście tylko zewnętrznie. Przyszedł na świat 8 marca 2004 roku i był malutkim prześlicznym źrebaczkiem. Teraz wyrósł i jest wielkim silnym wałachem z umysłem źrebaczka. Nigdy nie dorósł i chyba już nigdy nie dorośnie: bawi się z psami... jak pies, potrafi cukierka schowanego w kieszeni wyczuć na kilometr, za jedzenie zrobi wszystko, no może prawie wszystko.