Kawaleryjka

Historia imprez

Relacje, zdobywcy odznaki i in.

Jak to wszystko się zaczęło...

Już od kilku lat spotykaliśmy się w październiku na corocznym Święcie Konia, w czerwcu organizowałem rajd Piotra i Pawła wiodący lasami śląska, zabierając ze sobą moich młodych przyjaciół. Całymi godzinami włóczyliśmy się konno po lesie odwiedzając leśniczówki, ciekawe historycznie i przyrodniczo miejsca poukrywane w ostępach leśnych. Jednak czułem niedosyt... niby wszystko wspaniale się układało - były konie, śmiech i zabawa. Ja jednak cały czas chciałem coś jeszcze zrobić z niezagospodarowaną wiosną. Organizowane "pikniki rodzinne" nie przynosiły mi żadnej satysfakcji, nie mobilizowały do pracy nad koniem - ot, takie klepanie tyłka w siodle.

Przełomowy okazał się rok 2008, kiedy to przyszła piękna słoneczna i ciepła jesień - cały listopad słońce ubarwiało liście na drzewach, a potem błyszczało pomiędzy uśpionymi już gałęziami, tworząc niesamowity klimat jesiennych dni. Gdy buszowałem po Internecie, mignęła mi informacja, że to w tym roku przypada 200 setna rocznica najsłynniejszej szarży Polskich szwoleżerów w wąwozie Sammosierra, które otwierały Napoleonowi Bonaparte drogę na Madryt. Czasu miałem sporo, więc wraz z moim przyjacielem Markiem Jaroszem i Asią Skrzyniarz zaczęliśmy układać zasady imprezki. Pamiętam jak w słuchawce telefonu usłyszałem głos Marka i retoryczne pytanie "coś ty tam znowu wymyślił?" Trójkolorowe rozetki zamówiłem w firmie DezTim, zaprzyjaźnieni ratownicy z Rybnika jak zwykle z profesjonalizmem zabezpieczyli ją od strony medycznej. Kuchnią i posiłkiem zajęła się niezapomniana Gosia Mandryk, a nagrody wymalował nam Jacek Reczyński, malarz grafik - jak sam o sobie mówi - były koniarz. Powstały dwa obozy: francuzi na koniach i widzowie poprzebierani za Hiszpanów. Artylerzystą ostrzeliwującym zawodników został mój syn, Paweł, przybierając barwy kastylijskie. Zadaniem uczestników było przejechanie galopem kilometra i zdobycie trzech szańców armatnich ostrzeliwujących jeźdźców, wszystko na czas. W zabawie udział wzięło 9 koni wierzchowych i 5 koni zaprzęgowych stanowiących tabory hiszpańskie. Piękna pogoda, wspaniała kuchnia polowa i grzane wino dopełniły reszty. Zawody wygrała Basia Jarosz dosiadająca swojego konia o imieniu Onyks. W imprezie wzięło udział około stu osób bawiąc się przy ognisku do zmroku.

Z ogromnym zainteresowaniem goście wysłuchali moich opowieści o ułanach szwoleżerach, o szarży i jest skutkach oraz o tym jak historia zapamiętała polskich bohaterów. Pomysł chwycił - teraz tylko trzeba było tą imprezę nazwać i w jakiś szczególny sposób uhonorować jeźdźców. Tak zrodził się pomysł odznaki, a nazwa KAWALERYJKA jakoś tak sama wpadła w ucho i przylgnęła do naszych imprez.

Z fascynacją wspominam najpiękniejszy okres naszej historii i wielkie starcia polskiej jazdy pod Kircholmem, Kłuszynem, Podhajcami czy Parkanami, gdzie kilka tysięcy szarżujących husarzów potrafiło zmieść w pył kilkanaście tysięcy wojsk wroga. Tak jak XVI wiek jest pełen rozkwitu gospodarczego, tak XVII wiek wsławił się wielkimi zwycięstwami i triumfem polskiego oręża - w tym okresie zdobyliśmy Moskwę i podbili Ruś, Chanat Krymski, pokonaliśmy 1683 roku Imperium Osmańskie zapewniając Europie spokój, a sobie na zgubę. To uratowane państwa Europy sto lat później dokonały rozbioru naszego kraju wymazując Polskę z map na 123 lata. I w ten oto sposób doszedłem do czasów, które mnie urzekły - do Komendanta Józefa Piłsudskiego, do Pierwszej Kompani Kadrowej i Ułanów Władysława Beliny Prażmowskiego, do okresu wspaniałej, wręcz heroicznej historii, gdzie garstka ochotników legionistów dała zalążek Polskiej Armii oraz przywróciła na powrót dla Polski szacunek Europy i powstanie Rzeczpospolitej Polskiej w granicach, które wywalczyła orężem i setkami ofiar wielkich patriotów.

Druga impreza weszła w życie pod nazwą Kawaleryjka; miałem już wyprodukowane odznaki, a upamiętnić postanowiłem kolejną polską szarżę, która weszła do legendy i chluby naszego oręża. Dokładnie w 95 rocznicę szarży pod Rokitną - 13 czerwca 2010 roku - stawiło się na starcie 10 jeźdźców. A ja chyba przesadziłem z trudnością. Ktoś później powiedział, że poszedłem po bandzie. Trasa liczyła 12 km, z czego koło 7 km trzeba było pokonać galopem, reszta to kłus. Przeszkód na trasie ustawiłem 42, o różnym natężeniu trudności: były i rowy, i bankiety, bród wodny, sprytne i trudne do pokonania kombinacje przeszkód skokowych - taki prawdziwy kros. Ale nie to było najtrudniejsze - mniej więcej w połowie biegu upozorowałem atak na gniazdo karabinów maszynowych, a w drodze powrotnej zaatakowano nas granatami. Zabawa się udała i uczestnicy pokonali cała trasę w wyśmienitych humorach, cali i zdrowi. Kuchnię polową przejęła zaprzyjaźniona firma Marka i Krzyśka, gości przybyło ponad dwieście osób. I tak samo jak w poprzedniej imprezie, pogadanka historyczna cieszyła się ogromnym zainteresowaniem.

W trzecią edycję Kawaleryjki włączyła się grupa moich przyjaciół z Landkliniki. I tutaj wypada zamieścić parę słów wyjaśnień, co to za dziwny twór kryje się pod tą nazwą. Jest to bardzo specyficzna grupa ludzi, których skupia marka samochodu jakim jest Land Rover Discovery. Nieocenioną pomoc w przygotowaniach i ogromny wkład pracy włożyli moi przyjaciele, bardzo specyficzne środowisko przeróżnego rodzaju filantropów, altruistów, ludzi bardzo mocno zakręconych i zaangażowanych w pomoc innym, zawsze są tam gdzie ich potrzeba - przedziwna kombinacja człowieka i auta...

W tym roku (2011) zmieniłem plan biegu, po propozycjach i namowach moich przyjaciół koniarzy wymyśliliśmy konny bieg na orientację. Obejmował on swym zasięgiem dwa powiaty, prowadził przez najpiękniejsze zakątki naszego regionu i ukazywał tajemnice tej ziemi ukryte pośród pól i lasów. Do zabawy przystąpiło 10 drużyn dosiadających 23 piękne konie; rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, pierwsza drużyna wystartowała o godzinie 6, a ostatnia wyruszyła w teren zaraz przed 10.

Motywem przewodnim naszego spotkania był wspaniały patriota, człowiek o nieposkromionej energii, miłośnik koni, bohater, kawaler orderu wojennego Virtutt Militarii, Legii Honorowej, adiutant osobisty Marszałka Józefa Piłsudskiego, ambasador Polski w Rzymie - gen. dyw. Bolesław Wieniawa Długoszowski. Przywołując postać naszego bohatera chciałem zwrócić uwagę gości na czasy II Rzeczpospolitej, a w szczególności na okres odzyskiwania niepodległości tworzenia się struktur państwa polskiego, wielki heroizm ludzi, ich gorący patriotyzm, umiłowanie ojczyzny, poświęcenie i to niejednokrotnie własnego życia w obronie Ojczyzny. W natłoku prac i prędkości życia nie zauważamy często, że ucieka nam gdzieś to, co stanowi o naszym życiu, to czym i kim jesteśmy i dzięki komu możemy cieszyć się wolnością, być narodem, po prostu być Polakami. Och, ale mi się włączyła patetyczność i nostalgia... ale czasami trzeba sobie o tym powiedzieć, by mieć świadomość własnej przeszłości.

W starym schronie na sadzonki urządziliśmy coś w rodzaju mini muzeum. Udało się zgromadzić hełmy różnych narodowości, maski gazowe, menażki, szable, bagnety; ale największą atrakcją cieszyły się rzędy kawaleryjskie. Była kulbaka niemiecka z 1912 roku, kompletny rząd wz 25 oraz wz 36; kolekcji dopełniała tak zwana kanadyjka - kulbaka wojskowa z kontynentu amerykańskiego, a używana przez niektóre szwadrony kawalerii polskiej. Oprawy temu dodał mój przyjaciel, ogniomistrz z 7 DAK, Łukasz Kaczor - istna kopalnia wiedzy kawaleryjskiej i artyleryjskiej; wystąpił oczywiście w mundurze z epoki.

Patronat nad tą imprezą objął Pan Burmistrz Miasta i Gminy Sośnicowice, Marcin Stronczek, fundując trzy puchary dla zwycięzców oraz pamiątkowe książki. Impreza nie osiągnęła by swego poziomu, gdyby nie pomoc i wsparcie Pana Nadleśniczego z Rybnika - Janusza Fidyka; biorąc ją pod swoją opiekę jako rodzinne spotkanie plenerowe w ramach Międzynarodowego Roku Lasów 2011, uczynił z niej dużą atrakcję fundując książki i prezenty dla dzieci.